Czy to wszystko naprawdę moje?
O rzeczach, które tylko zabierają przestrzeń
Z czasem w naszych mieszkaniach zaczyna brakować przestrzeni. Nie przez brak metrów kwadratowych, ale przez nadmiar rzeczy, które – jak się okazuje – niewiele wnoszą do naszego życia. I wtedy człowiek zaczyna myśleć, czy to wszystko naprawdę jego. Czy to nie czas na minimalizm w mieszkaniu?
Kiedyś tego do końca nie zauważałem, bo mieszkałem na wsi, w domu, gdzie było dużo miejsca na przechowywanie nieużywanych przedmiotów. Od zawsze się chomikowało – bo „a nuż się przyda”, albo „działa, to się nie wyrzuca”. Tak się chyba nauczyłem gromadzić rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebuję.
Problem zaczął się dopiero kilka lat temu – po przeprowadzce do miasta. Tu przestrzeń jest ograniczona, a nadmiar rzeczy (ubrań, kosmetyków, drobiazgów…) szybko zalał moje małe mieszkanie. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, jak bardzo taki nadmiar może przytłaczać – szczególnie w ograniczonej miejskiej przestrzeni. Minimalizm w mieszkaniu zaczął powoli chodzić mi po głowie.
Muszę się przyznać – mam tak, że jak zobaczę coś w internecie, to przez chwilę kombinuję, gdzie to jeszcze zmieścić. Bo fajnie by było to mieć. I nagle okazuje się, że mieszkam w miejscu, które zamiast być azylem, zaczyna mnie przytłaczać. Do tego ciągły bałagan, przesuwanie rzeczy z kąta w kąt, brak motywacji do sprzątania. Nawet jak wszystko było „na wierzchu” ogarnięte, to w szafkach – dramat.
Na szczęście podczas małego remontu i przemeblowania zainteresowałem się trochę minimalizmem i funkcjonalnością wnętrz. Z bólem pozbyłem się części rzeczy. Urządziłem mieszkanie w jaśniejszych kolorach, bardziej ergonomicznie – i nagle okazało się, że ta sama przestrzeń nie przytłacza już tak bardzo.
Pozbyłem się wielu przedmiotów, które tak naprawdę „nie były moje”. Tylko zajmowały miejsce. I chyba właśnie wtedy – choć jeszcze nieświadomie – zacząłem swoją drogę do minimalizmu.
Oczywiście, nie wszystko było złym wyborem. Są też zakupy, które były strzałem w dziesiątkę. Na przykład suszarka bębnowa – wiadomo, trzeba uważać na delikatne tkaniny – ale dzięki niej pozbyłem się dużej, rozkładanej suszarki, która zawsze zawalała pokój. A w cieplejsze dni mam wolny balkon, który mogłem zamienić w moją małą miejską oazę. Tam piję kawę, czytam książki, odpoczywam. Taka namiastka ogrodu.
Z perspektywy czasu widzę, że minimalizm to nie tylko wyrzucanie rzeczy. To przede wszystkim zrozumienie, które rzeczy naprawdę nam służą, ułatwiają życie i dają radość. A które są tylko balastem. Nadmiar rzeczy to nie tylko fizyczny problem – to coś, co odbiera spokój, czas i energię.
I choć czasami trudno się z czymś rozstać, to zadaję sobie te trzy pytania:
• Czy to mi służy?
• Czy naprawdę tego potrzebuję?
• Czy to mnie uszczęśliwia?
Jeśli chociaż na jedno z tych pytań odpowiem „tak” – zostaje. Jeśli nie… to czy naprawdę warto przechowywać „nie swoje” przedmioty?



Jeden komentarz
Pingback: