Leśna droga o wschodzie słońca symbolizująca powrót do działania po dłuższej przerwie.
Z notatek dziennika

Jak wypadłem z rytmu i zrozumiałem, że nic nie jest stracone

 

Od ponad dwóch miesięcy na blogu panowała cisza. Nie dlatego, że zabrakło mi pomysłów, ale dlatego, że w pewnym momencie inne sprawy stały się po prostu ważniejsze. Dzisiaj wracam i chcę opowiedzieć, czego nauczył mnie ten czas.

Kiedy życie przyspiesza

Są takie momenty, kiedy życie po prostu przyspiesza. Praca, studia, codzienne obowiązki i sprawy, które trzeba załatwić. Nagle orientujesz się, że minęły kolejne tygodnie, a Ty nie zrobiłeś wielu rzeczy, które jeszcze niedawno były dla Ciebie ważne.

Nie chodzi o to, że byłem zajęty od rana do wieczora. Wolny czas się pojawiał, ale nie oszukujmy się – odpoczynek też jest potrzebny. Po całym dniu znacznie łatwiej włączyć serial albo grę na godzinę czy dwie niż usiąść do treningu, nauki lub pisania.

Wybicie z rytmu

Sam nie wiem, dlaczego tak się stało. Jeszcze pod koniec kwietnia naprawdę dbałem o swój rozwój. Regularnie trenowałem, uczyłem się i pisałem na blogu. Byłem już po pierwszej sesji na studiach, więc miałem więcej czasu dla siebie. Wyjechałem również na dwutygodniowy urlop, który miał mnie naładować pozytywną energią.

Sam wyjazd był świetny, ale to właśnie wtedy odpuściłem dietę i treningi. Po powrocie zabrakło mi motywacji, żeby wrócić do wcześniejszego rytmu. Do tego doszła praca w tygodniu, studia w weekendy oraz codzienne obowiązki i sprawy, które wymagały mojej uwagi.

Wybiłem się z rytmu całkowicie. Przez kolejny miesiąc funkcjonowałem właściwie w trybie awaryjnym, o którym kiedyś już pisałem. Robiłem tylko to, co było konieczne.

Spadek motywacji i wyrzuty sumienia

Najbardziej dokuczał mi spadek motywacji oraz wyrzuty sumienia.

Tak naprawdę nie wydarzyło się nic dramatycznego. Nie zawaliłem studiów, nie straciłem pracy ani nie zmarnowałem całego dorobku ostatnich miesięcy. Mimo to miałem wrażenie, że wszystko idzie nie tak.

Zbliżały się wakacje, a moja forma była daleka od tej, którą sobie wyobrażałem. Zaniedbałem rozwój osobisty, który zawsze sprawiał mi satysfakcję. Przestałem też pisać na blogu, a przecież dawało mi to ogromną radość.

Przez ponad miesiąc zmagałem się z tymi myślami.

Nic nie jest stracone

Pewnego dnia usiadłem na spokojnie i przeanalizowałem swoją sytuację. Doszedłem do wniosku, że po prostu przesadziłem.

Owszem, zaniedbałem dietę i sport. Mam trochę gorszą kondycję i kilka kilogramów więcej, ale przecież nie zaczynam od zera.

Studia mimo wszystko idą do przodu. Właśnie kończę drugi semestr. Do pracy chodzę regularnie i wywiązuję się ze swoich obowiązków. Sprawy związane z mieszkaniem również są dobrze zorganizowane. Nadal trzymam się zasad minimalizmu, a dodatkowo spędziłem dwa naprawdę udane tygodnie na urlopie.

Tak, wpadłem w lekką prokrastynację i zaniedbałem bloga. Ale nikt nie jest idealny i nigdy nie będzie.

Dyscyplina zamiast motywacji

Kiedy spojrzałem na wszystko z dystansu, zrozumiałem, że nie potrzebuję wielkiego przypływu motywacji.

Potrzebuję przede wszystkim dyscypliny.

To właśnie ona pozwala wrócić do działania wtedy, gdy motywacji zwyczajnie brakuje.

Wiem, że jeśli małymi krokami zacznę ponownie trenować, uczyć się i pisać, to w ciągu miesiąca lub dwóch wrócę do miejsca, w którym byłem przed majówką.

Co więcej, teraz mam już więcej czasu dla siebie. Została mi głównie praca, a resztę mogę przeznaczyć na własny rozwój i projekty.

Czego nauczyły mnie te dwa miesiące?

Na początku byłem załamany. Wydawało mi się, że zmarnowałem wszystko, na co pracowałem.

Dopiero później powiedziałem sobie:

„Nie mogę poddawać się przy pierwszym większym kryzysie.”

Kiedy spojrzałem na sytuację z boku, okazało się, że wcale nie było tak źle.

Owszem, pogorszyła się moja forma, zaniedbałem rozwój osobisty i hobby. Ale jednocześnie zaliczyłem kolejny semestr studiów, cały czas pracowałem, utrzymałem dobre relacje z rodziną i krok po kroku realizowałem inne ważne cele.

To nie jest porażka.

To po prostu moment, w którym życie zmieniło priorytety.

My, ludzie, bardzo często mamy skłonność do wyolbrzymiania własnych porażek. Zaczynamy myśleć, że skoro przez jakiś czas nam nie wychodziło, to wszystko przepadło. W efekcie motywacja jeszcze bardziej spada, odkładamy powrót na później i z każdym kolejnym dniem jest nam coraz trudniej zacząć od nowa.

Mogłem dalej narzekać na to, że przytyłem, że nie pisałem i że straciłem dwa miesiące.

Tylko co by mi to dało?

Nic.

Wpadłbym jedynie w błędne koło wyrzutów sumienia i przekonania, że nie warto już próbować.

Dzisiaj wiem jedno.

Dwa miesiące przerwy nie przekreślają kilku lat pracy nad sobą. Nie cofnąłem się do punktu wyjścia. Po prostu na chwilę zwolniłem.

Teraz pozostaje zrobić to, co zawsze jest najtrudniejsze – wrócić do działania.

Jeden trening.

Jeden rozdział książki.

Jeden wpis na blogu.

Bo czasem właśnie od takich małych kroków zaczyna się powrót na właściwy tor.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *