Prokrastynacja – odkładanie spraw na później
Emocje i męskość,  Samorozwój

Prokrastynacja, czyli „Zrobię to później”

„Zrobię to później”

Jedno z najczęściej wypowiadanych zdań, które prawdopodobnie nigdy nie powinno było powstać.

„Później” brzmi niewinnie. Nie mówi „nie zrobię”. Mówi tylko „jeszcze nie”. Problem w tym, że „później” bardzo często zamienia się w jutro, jutro w przyszły tydzień, a przyszły tydzień w „kiedyś”.

I chyba właśnie na tym polega największy problem z prokrastynacją. Nie na tym, że odkładamy zadania. Odkładamy własne życie.

Sam mam z tym bardzo duży problem.

Mam sporo rzeczy, które chciałbym zrobić. Praca, dom, treningi, blog, nauka angielskiego, różne pomysły i rzeczy, które od dawna odkładam. Tego wszystkiego z czasem robi się coraz więcej, a mimo to kiedy mam w końcu godzinę wolnego, zamiast zrobić coś, co przybliżyłoby mnie do któregoś z tych celów, często wybieram grę albo serial. I tak mija kolejny dzień. 

Same w sobie te rzeczy nie są złe. Gra, serial czy film mogą być przecież świetnym sposobem na odpoczynek. Problem pojawia się wtedy, gdy dzień po dniu zaczynamy odkładać rzeczy, które chcemy zrobić, kosztem łatwej i szybkiej rozrywki.

Prokrastynacja, której nie zauważałem

Prokrastynacja w moim przypadku działała bardzo podstępnie. Przez długi czas utrzymywała mnie w takim stanie, żeby nie rzucać się w oczy, a jednocześnie niemal całkowicie mnie zablokowała. Co gorsza, przez bardzo długi czas nawet jej nie zauważałem.

No bo jak to? Mam problem z prokrastynacją?

Przecież chodzę do pracy, ćwiczę 2–3 razy w tygodniu i mieszkanie nie wygląda jak chlew.

Problem polega jednak na tym, że samo wykonywanie pewnych rzeczy nie oznacza jeszcze, że rzeczywiście posuwamy się do przodu.

Trening jest — i dobrze, że w ogóle jest — ale jest średni, ponieważ nie skupiam się na nim wystarczająco. Mieszkanie jest wprawdzie posprzątane, ale gdzieniegdzie zaczyna już być widać, że dawno nie było porządnej segregacji: co jest mi naprawdę potrzebne, a co już dawno nie.

To, że chodzę do pracy, też nie jest jakimś wyczynem. My, ludzie, mamy tendencję do tego, że kiedy czujemy presję, że coś musimy zrobić, to po prostu to robimy.

Tak jest właśnie z pracą. Chodzę do niej, wykonuję to, co mam zrobić, ale robię to po to, żeby dostać pieniądze i utrzymać rodzinę, a nie dlatego, że sama praca mnie rozwija i sprawia mi przyjemność.

Najgorzej jest z tym, czego nikt od nas nie wymaga

Gorzej jest z rzeczami, które chcę robić po to, aby być lepszą wersją siebie, ale nie mam nad sobą nikogo, kto mnie kontroluje i rozlicza.

Dobrym przykładem może być w moim przypadku nauka języka angielskiego.

Wprawdzie mam go opanowanego na podstawowym poziomie, ale uczę się go od tylu lat, że nie jestem w stanie przeliczyć prób, jakie podejmowałem, aby poprzez regularną naukę wskoczyć na poziom średni. Taki, który pozwoliłby mi przynajmniej w prostym stopniu, bez większego stresu, komunikować się i rozumieć bardziej złożone teksty.

A mimo wszystko ten cel ciągle mi ucieka.

I ten przykład jest dobrym przykładem tego, że możemy czegoś chcieć, wiedzieć, że sprawiłoby nam to radość, podniosłoby komfort życia czy dało nam nowe możliwości, a mimo wszystko tego nie robimy.

Pod naukę języka można podstawić naprawdę dużo innych rzeczy: treningi, pisanie, naukę umiejętności technicznych, zrobienie jakiegoś projektu czy rozwijanie hobby.

Zaczynamy, ale nie kończymy

Pewnie nawet zaczynamy.

Przez jakiś czas jesteśmy zmotywowani, robimy postępy i wydaje nam się, że tym razem będzie inaczej.

A później zaczynają się wymówki.

„Dzisiaj nie mam czasu.”

„Jutro zrobię więcej.”

„Jeden dzień przerwy nic nie zmieni.”

„W sumie nie ma to sensu.”

Odpuszczamy jeden raz, potem drugi i nim się obejrzymy, minął tydzień, miesiąc, a czasami nawet kilka miesięcy.

I nagle orientujemy się, że nie robiliśmy nic, co rzeczywiście przybliżyłoby nas do celu.

Dlaczego łatwiej wybrać grę niż własny cel?

Dzieje się tak pewnie między innymi dlatego, że nasze cele, a co za tym idzie gratyfikacja z ich osiągnięcia, są odłożone w czasie.

Nauka angielskiego nie da mi nagrody po piętnastu minutach. Efekt treningu również nie pojawi się następnego dnia. Napisanie książki, nauczenie się nowej umiejętności czy zrobienie własnego projektu może wymagać tygodni albo miesięcy pracy.

Tymczasem gra, serial, YouTube czy media społecznościowe oferują coś zupełnie innego.

Nagrodę dostajemy od razu.

Nie musimy czekać. Nie musimy się specjalnie wysilać. Wystarczy kilka kliknięć.

I być może właśnie dlatego tak łatwo z tym przegrywamy.

Nie dlatego, że gra czy serial są ważniejsze od naszych celów.

Po prostu dają nam coś teraz, podczas gdy nasze cele obiecują nagrodę dopiero w przyszłości.

Ale czy zawsze chodzi o lenistwo?

Myślę, że nie.

Prokrastynacja nie zawsze wygląda tak samo i nie zawsze wynika z tego, że po prostu wolimy grać czy oglądać serial.

Czasami odkładamy coś, bo zadanie wydaje się zbyt trudne albo zbyt duże. Nie wiemy, od czego zacząć, więc łatwiej nie zaczynać wcale.

Czasami powodem jest perfekcjonizm. Chcemy zrobić coś idealnie, więc zamiast zrobić pierwszy krok, czekamy na odpowiedni moment, odpowiednią wiedzę albo odpowiednią ilość czasu.

Możemy też odkładać rzeczy ze strachu przed porażką. Jeżeli nie zaczniemy, nie możemy przecież ponieść porażki.

Czasami jesteśmy po prostu zmęczeni. Po całym dniu pracy łatwiej usiąść przed telewizorem niż zmusić się do kolejnego wysiłku.

A czasami problem jest jeszcze prostszy — nikt nas z tego nie rozlicza.

Jeżeli nie nauczę się dzisiaj angielskiego, nic się nie stanie. Jeżeli nie napiszę wpisu na bloga, również nic się nie wydarzy. Jeżeli odpuszczę jeden trening, świat się nie zawali.

I właśnie dlatego tak łatwo powiedzieć sobie:

„Zrobię to jutro.”

Najgorsze jest to, że nic się nie dzieje

I chyba właśnie to jest w prokrastynacji najbardziej podstępne.

Jeżeli przez jeden dzień nie nauczę się angielskiego, nic strasznego się nie wydarzy.

Jeżeli nie napiszę wpisu, świat się nie zawali.

Jeżeli odpuszczę trening, również nic wielkiego się nie stanie.

Można więc powiedzieć sobie: „To tylko jeden dzień”.

Tylko że takich „jednych dni” może być bardzo dużo.

Jeden dzień zamienia się w tydzień. Tydzień w miesiąc, a miesiąc w kolejny rok.

I nagle okazuje się, że minęło bardzo dużo czasu, a my nadal jesteśmy w tym samym miejscu.

Nie ponieśliśmy spektakularnej porażki. Niczego nie straciliśmy z dnia na dzień.

Po prostu nie zrobiliśmy nic, co mogłoby nas przesunąć do przodu.

Czy można tak przeżyć całe lata?

Chyba właśnie to jest pytanie, które najbardziej daje mi do myślenia.

Ile razy można mówić sobie „zacznę od jutra”?

Ile razy można odkładać naukę, trening, własne projekty, hobby czy rzeczy, które naprawdę chcemy zrobić?

Bo przecież pojedynczy dzień niczego nie zmieni.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy tych pojedynczych dni robią się setki.

I wtedy prokrastynacja przestaje być tylko problemem z produktywnością.

Zaczyna być problemem z tym, jak wykorzystujemy własny czas.

Nie chodzi przecież o to, żeby cały czas być produktywnym. Nie chcę też powiedzieć, że granie w gry, oglądanie seriali czy zwykłe leniuchowanie są czymś złym.

Każdy potrzebuje odpoczynku.

Problem pojawia się wtedy, kiedy odpoczynek przestaje być odpoczynkiem, a staje się ucieczką od rzeczy, które naprawdę chcemy zrobić.

I chyba właśnie dlatego tak trudno było mi zauważyć własną prokrastynację.

Moje życie nie wyglądało źle. Pracowałem, ćwiczyłem, zajmowałem się mieszkaniem i rodziną.

Tylko gdzieś pomiędzy tym wszystkim przestałem robić rzeczy, które robiłem dla samego siebie.

I być może pierwszym krokiem do zmiany nie jest jeszcze żadna metoda, aplikacja, planer czy specjalna technika.

Być może najpierw trzeba po prostu zauważyć problem.

Bo trudno walczyć z czymś, czego nawet nie jesteśmy świadomi.

A kiedy następnym razem złapię się na tym, że kolejny raz mówię sobie:

„Zrobię to później”

spróbuję zadać sobie jedno pytanie:

Ile razy jeszcze to „później” będzie oznaczało „nigdy”?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *